Od niemalże samego początku jesteś "częścią", w ogólnym pojęciu, ruchu neopogańskiego. Jak oceniasz rozwój całego ruchu na przestrzeni lat i czy według Ciebie ruch zmierza w odpowiednim kierunku?

Zgadza się, od dość dawna uczestniczę w ruchu, który nosił okresowo różne nazwy, a to neopogański, a to narodowo-neopogański, a to rodzimowierczy, to znów zadrużny, czy post-zadrużny. Początkowo funkcjonowałem w lokalnym szczecińskim środowisku, szybko jednak moja wola działania wypchnęła mnie na szersze wody i tak gdzieś od 1997 roku pojawiałem się w miejscach, w których działy się ważne sprawy ewokujące, czy rozwijające ruch. Niewątpliwie w okresie tym można wydzielić kilka etapów, a wyodrębnienie to przedstawiałem swojego czasu na spotkaniach środowiska poświeconych perspektywom ruchu, które odbywały się pod koniec 2002 roku.

Jeden z owych etapów nazwałem "okresem romantycznego entuzjazmu", a miał on miejsce pomiędzy 2000 a końcem 2002 roku i przesiąknięty był przekonaniem o możliwości dotarcia do szerszych kręgów społecznych z alternatywną do powszechnej propozycją światopoglądową, a co za tym idzie siatką pojęciową używaną dla opisu historii i współczesności. Metodami osiągnięcia tego celu cząstkowego były akcje o charakterze zewnętrznym, aktywność polityczna poszczególnych uczestników ruchu - w tym mojej osoby - otwarte prezentowanie własnego systemu wobec mediów. Z całą pewnością - mimo pojawiających się z rzadka głosów o niesłuszności tak obranej drogi - trzeba powiedzieć, że przyniosła ona ruchowi bardzo konkretne korzyści. Mimo bowiem, że media ukazywały - szczególnie w kontekście politycznym - zafałszowany obraz naszego ruchu, to zwróciły szeroką uwagę na nasze istnienie i działanie. Dziś ilość publikacji prasowych, popularnych, prac naukowych powstających na różnych poziomach, na temat współczesnego ruchu neopogańskiego, Zadrugi, samego Jana Stachniuka, a nawet szeroko rozumianej Słowiańszczyzny jest imponująca. Trzeba powiedzieć, że dziś wiele osób, w tym tych z kręgów opiniotwórczych, zdało sobie sprawę z istnienia ruchu odwołującego się do Rodzimej Tradycji i Wiary, wreszcie z samego faktu istnienia czegoś takiego jak czynnik słowiański w ich własnym poczuciu tożsamości.

W oparciu o ten bilans wydaje się, że dziś mamy już do czynienia z innym okresem, którego nazwanie będzie zadaniem na lata kolejne, bowiem dopiero teraz musimy wypracować nowe sposoby postępowania i same cele okresowe.

Dokładniejszą analizę, ocenę dotychczasowego dorobku oraz propozycję przyszłych działań dałem w artykule "Doktryna tworzenia rzeczywistości równoległej", który ukaże się w nowym (VIII) numerze "Trygława". Proponuję także odnośne fragmenty mojego tekstu polemicznego "Pycha - siódmy grzech śmiertelny" w ostatnim (VII) Trygławie.

Współtworzysz szczeciński oddział "Niklota". Jak wygląda obecna działalność stowarzyszenia i ilu zrzesza członków?

To już część historyczna naszej rozmowy, bowiem bodaj od jesieni 2003 roku w Szczecinie i na Pomorzu Zachodnim oddział SnaRTiK "Niklot" nie istnieje. Działaliśmy bardzo aktywnie, o czym pewnie większość uczestników ruchu neopogańskiego wie, jednak w świetle tego, co powiedziałem powyżej doszliśmy do przekonania, że formuła działalności, która możliwa była do realizowania w ramach "Niklota" wyczerpała się. Z jednej strony nasze nazwiska i działania szkodziły organizacji, z drugiej zaś strony ona szkodziła nam, utrudniając skuteczne działania i rozwój nas samych. Tak więc pytanie o ilość członków i pomysły na działalność Niklota są już spóźnione.

Jak oceniasz działalność ZRW, Niklota, RKP czy Światowego Kościoła Tworzyciela?

Pragnę przypomnieć, że ZRW na mocy II Wiecu, który odbył się w Szczecinie w roku 2000 zmieniło nazwę na Rodzimą Wiarę usuwając słowo "Zrzeszenie", by pozbawić wątpliwości, że mamy do czynienia ze związkiem wyznaniowym a nie stowarzyszeniem "zwykłym". Powyższe ma konkretne przełożenie na działalność i cele RW, bowiem jako związek wyznaniowy zajmuje się sprawami wyłącznie "wyznaniowymi", tj. organizacją obrzędów w jak największej ilości miejsc w Polsce oraz rozwijaniem własnego dorobku myślowego, wypracowywaniem koncepcji w najważniejszych sferach. Właśnie (20 marca br.) odbył się znów w Szczecinie III Wiec RW, który przepojony był dyskusją na temat potrzeby ustalenia i rozpowszechnienia świadomości płaszczyzny zainteresowania RW. Krótko mówiąc ma to być baza, dająca filozofię życia, a poprzez obrzędy możliwość uczestniczenia w żywej Tradycji oraz obcowania z Bogami, Naturą. Zdecydowaliśmy także o potrzebie i woli wydawania wspólnego, ogólnopolskiego pisma RW mającego być głosem związku wyznaniowego, a więc forum dyskusyjnym, na którym prezentowane będą poglądy w kwestiach duchowości, tradycji etc., a jednocześnie biuletynem informacyjnym. Do współpracy przy jego tworzeniu zapraszamy wszystkich doświadczonych i chętnych rodzimowierców.

Co do Niklota, to jest jasne, że już nie posiadam najświeższych informacji o jego działalności, nie mogę więc jej oceniać. Co do RKP to leży on poza sferą mojego zainteresowania, bowiem nie jest to ani pogaństwo, ani neopogaństwo i nic nie ma wspólnego z rodzimymi wierzeniami Słowian, jest jedynie newage-owskim projektem zabawiającym się słowiańską terminologią dla opisywania czysto chrześcijańsko-uniwersalistycznych treści.

Jesteś członkiem Drużyny Grodu Trzygłowa. Czy mógłbyś pokrótce przybliżyć działalność bractwa?

Jestem nie tylko członkiem, ale przede wszystkim pomysłodawcą, założycielem i wojewodą Drużyny. Ostatnio udzieliłem wywiadu pismu historycznemu "Pro Memoria" w którym posługując się skrótami nie udało mi się przedstawić nawet części naszej działalności, a i tak wywiad umieszczono na 6 stronach. Najkrócej - realizacja ideałów wojownika, hierarchii, współpracy, tradycji, działalność edukacyjna i popularyzatorska, itd. Jesteśmy aktywnym ogniwem ogólnoeuropejskiego świata wczesnego średniowiecza, gdzie niesiemy wiedzę o naszej kulturze, dzięki czemu nie jest już jak jeszcze kilka lat temu, że wpływy kulturowe szły wyłącznie od tzw. "wikingów" ku polskim fascynatom, ale udało nam się wytworzyć nawet pewną modę wśród zachodnioeuropejskich "wikingów" na Słowiańskość i "słowiański styl". Teraz dla wielu z nich słowa "Trzygłów" czy "Świętowit" nie są szeleszczącymi nic nie znaczącymi zlepkami dźwięków, ale budzą konkretne skojarzenia. Podobnie wielu z nich nauczyliśmy już szacunku dla Ognia, by nie pluli w niego ani nie wrzucali doń śmieci, kiedy są w naszym obozie. Tak poznają naszą Rodzimą Kulturę. Poza tym wiele osób wie zapewne o naszym udziale w "Starej Baśni", organizacji imprez publicznych przybliżających naszą historię i zwyczaje. Współpracujemy z bardzo wieloma instytucjami samorządowymi, kulturalnymi, edukacyjnymi. Bardzo długo by o tym opowiadać - zapraszam na stronę www.tryglaw.org, która już niedługo powinna zostać uaktualniona.

Czy bycie członkiem bractwa, bycie wojownikiem jest dla Ciebie tylko i wyłącznie zabawą czy traktujesz to jako kultywowanie dawnych tradycji, podtrzymywanie etosu wojownika?

Znów muszę skorygować - nie używamy słowa "bractwa" bo one kojarzy się z tzw. "rycerzami", my jesteśmy drużyną i do drużynnego etosu się odwołujemy. Jest to więc na poły państwowy, na poły prywatny oddział zawodowych wojów, złączonych wspólnymi celami, posłuszeństwem, osobą wodza. Jednocześnie słowo to ma trzon "drug" - a więc przyjaciel o zabarwieniu militarnym - tak też traktujemy nasz związek - a to wszystko powoduje, iż jest to wcielanie w życie idei wojownika w czystej formie. Tu nie ma miejsca na słabość, na niesubordynację, rozbujały indywidualizm, tu jest wspólna praca, wspólna walka, funkcjonowanie w układzie ściśle hierarchicznym. Zasygnalizowane w poprzednim pytaniu nasze kontakty, sposoby i płaszczyzny działania powinny dać jednoznaczną odpowiedź na pytanie, czy jest to zabawa. Oczywiście czerpiemy radość z przebywania razem i działania, i pod tym kontem nasza praca jest zabawą, bowiem robimy to co nas cieszy i nie jesteśmy typem organizacji przekonanej o własnej świętości, przeto śmiertelnie poważną - wręcz przeciwnie - wyjątkowo wesoła z nas kompania (patrz kompania pana Kmicica z początku filmu "Potop" i ich zabawa), ale kiedy trzeba nie ma dyskusji i jest praca!

W obecnych czasach prawie zaginął gdzieś wizerunek mężczyzny - wojownika, obrońcy i żywiciela rodziny a zastąpił go model "mężczyzny" - pederasty, pedziowatego chłoptasia przesiadującego w salonach piękności. Co według Ciebie może być przyczyną tak chorej sytuacji kiedy to powoli zaczynają zanikać męskie pierwiastki, kiedy mężczyzna powoli zaczyna upodabniać się do kobiety. Co mogłoby to zmienić?

Prawdziwe kobiety potrzebują i kochają prawdziwych mężczyzn! Moja żona jest najprawdziwszą z kobiet, a to schlebia mi samemu. Bycie prawdziwym mężczyzną to postawa, która dla mnie jest wrodzona i oczywista, a o rzeczach oczywistych mówi się najtrudniej. Dla mnie walka jest rzeczą naturalną i oczywistą, zwłaszcza zaś walka o swoje - swoje na różnych poziomach, czy to rodzina, dom, kraj, przekonania, wiara... Jednocześnie jestem wrogiem poglądu, że mężczyzna zadbany jest zniewieściały, chociaż wizyty w salonach piękności to czysta próżność i faktyczne zniewieścienie. Zamiast tego regularna praca na siłowni, czy treningu bokserskim - to jest to co czyni mężczyznę mężczyzną, a ciało pięknym. Szczęcie, że moja żona jest kobietą, która za męską ozdobę uważa blizny i szeroki kark! Mężczyzna prawdziwy to taki, który realizuje ideały kalokagatii i wojowniczości - nie ma to więc nic wspólnego z dekadenckim przeciwstawieniem ciała umysłowi. Wręcz przeciwnie - w zdrowym ciele zdrowy duch!!! Straszne, że dzisiejsza cywilizacja, a przez nią pierwszy odbiór człowieka przez większość innych ludzi, ma wielkie problemy z zaakceptowaniem jedności ciała i umysłu. Mężczyzna albo jest silny - wtedy jest tępym osiłkiem, mięśniakiem, czy "mucho", albo jest mądry, czy inteligentny - wtedy powinien być wychudzony i w okularach. Wypadkowej obu typów nie przewidziano. Podobnie jest zresztą z kobietami - mają być albo mądre albo piękne! A to nieprawda. Tak samo nie jest prawdą, że prawdziwy mężczyzna musi być grubiański i nieczuły - opiekun, kochanek, przyjaciel i wojownik zarazem to jest model, który wcale nie jest nierealny.

Co to może zmienić?! Jedynie czas i wytężona praca. Jeśli chodzi o wymuskanych chłoptasiów to nie ma co panikować, to kwestia mody, a ona przemija, problem w tym, by jedną modę nie zstąpiła inna, np. na tępego mucho. Nie ma zresztą też powodów do obaw i z innego powodu - jak pokazują badania panowie chętniej żenią się z kobietami o kobiecych kształtach, niż z promowanymi przez magazyny mody i pisma młodzieżowe wieszakami na markowe ubrania. Panie zaś wybierają chętniej "męskich" mężczyzn, nie zaś chłopców przy których nie czułyby się bezpiecznie - bo takie są prawa biologii!

Kim są dla Ciebie Sławscy Bogowie?

Na ten temat musiałbym pisać bardzo długo, by wyjaśnienie było pełne. Od kilku zresztą lat przewiduję wydanie książki prezentujące mój w tej materii pogląd w oparciu oczywiście o ustalenia naukowe historyków i badaczy religii.

Najkrócej mówiąc Bogowie to byty nieosobowe, nie ma mowy o naiwnym rozumieniu boga osobowego, z ludzką umysłowością. Świetnie przedstawił to Tadeusz Zieliński w "Helenizm a Judaizm" zderzając poglądy Greków i judaizmu, pisząc, iż ten ostatni posługiwał się takim prymitywnym i naiwnym wyobrażeniem. Dla mnie Bogowie więc to potężne energie, Żywioły Natury, siły czyniące, że pory roku następują po sobie, że Ziemia się kręci wokół Słońca, a Wszczechświat ciągle się rozszerza. Bogowie, to także archetypy, bowiem człowiek zawsze utożsamiał i przenosił porządki własnego społeczeństwa na porządki boskie, w tych ostatnich zaklinając często najwyższe uzasadnienie pożądanych układów u siebie. Tak więc groźny i przenikliwy Perun to archetyp wojowniczości i życiodajnego aspektu męskiego łączącego się z żeńską Mokoszą - wilgotną ziemią, Matką, płodną kobietą! Czcząc Bogów i składając im trzebę i obiatę wnosimy własną energię woli do wszechświata, poprzez co potem doświadczamy zwrotu pozytywnej energii, nie zaś zawieramy pakt w sensie dosłownym z myślącym tak jak my, choć potężniejszym osobnikiem. Kto wierzy w to ostatnie nadal jest duchowym judeo-chrześcijaninem.

Jak oceniasz działalność przedwojennej Zadrugi i jej czołowych przedstawicieli (J. Stachniuk, A. Wacyk)?

No to już pytanie zupełnie nie do mnie. Jakże bowiem mam oceniać działalność kogoś, kto inspiruje nas wszystkich. Bez niej pewnie i nas by nie było, podobnie jak bez Zoriana Dołęgi - Chodakowskiego i innych elementów łańcucha, które wzajemnie się inspirowały. W części teoretycznej Jan Stachniuk dał nam doskonałą podstawę historiozoficzną i znakomite opisy Sławskiego Ducha, ale już np. z projektami w dziedzinie gospodarczej można się zgadzać bądź nie. Musimy to jednak rozwijać, to jest bowiem pewien depozyt mądrości, którego nie możemy traktować jak słowo objawione, jak biblię w której słowa zmienić nie wolno. Nasza idea narasta, rozszerza się i jest doskonalona - to ciągły rozwój, a nie zastanie w stężonej formie sprzed dziesiątek lat. Jeśli chodzi o warstwę organizacyjną, to myślę, że pod wieloma względami prześcignęliśmy przedwojenną Zadrugę - mam tu na myśli oddziaływanie społeczne, ilość publikacji, prac analitycznych, podejmowanych inicjatyw, form i zawiązywanych struktur, etc. Przecież nawet prace Stachniuka i powojenne Wacyka wydane były przez dr Zdzisława Sowińskiego, a więc to dzięki współczesnym idee Zadrugi mogą się rozprzestrzeniać.

Czym dla Ciebie jest śmierć i jaki masz do niej stosunek?

Pozwolę sobie przytoczyć tu obszerny fragment tekstu, który skomponowałem w grudniu 2000 roku, a który jeszcze nigdzie nie został opublikowany. Dotyczy on właśnie śmierci i sposobu mojego jej postrzegania w zestawieniu z poglądami chrześcijaństwa: "W sensie duchowym i filozoficznym piekło i raj jawią się tutaj jako chwila, ostatnie tchnienie, przeświadczenie i stan ducha z jakim przychodzi umrzeć. Dla wierzącego w zaświaty, a przekonanego w pobożność swego życia, jest to przeświadczenie o beztroskim życiu wiecznym, w którym nie można wyodrębnić celu poza trwaniem w błogości. Przypomina to stan Raju "beztroskich dzikusów", których Jan Stachniuk nazwałby personalistami i spirytualistami, a którzy pozbawieni są nietzscheańskiej "woli mocy". Głęboko wierzący więc doświadcza Raju w momencie śmierci, gdyż jego wiara zapewnia mu spokój i nadzieję na życie wieczne. Dla człowieka zupełnie zlaicyzowanego, nie hołdującego wyższym wartościom, na wskroś materialistycznego oraz dla wszelkich nihilistów, moment śmierci przynosi poczucie osamotnienia, powodowane przeświadczeniem o zapadaniu w czeluść, w czerń niebytu, o końcu absolutnym jego istnienia i końcu wszystkiego. Jeszcze inny moment uczuciowy przypada w udziale tym, którzy nie mamiąc się nagrodą po śmierci, wiedzą o końcu swojego biologicznego bytu i swej świadomości jednostkowej, ale osiągnąwszy cel swego żywota w spełnieniu posłannictwa wielkości swych czynów, wypełnionego Człowieczeństwa, poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec świata Kultury, umierają w spokoju. Wynika to z przeświadczenia o życiu wiecznym w pamięci potomnych i krwi przekazanej swym biologicznym potomkom. Ich udziałem nie staje się nagroda czy kara, ale świadomość, iż ich dajmoniczna istota żyć będzie wiecznie w obiegu życia Natury. Doświadczenie takie można by nazwać doświadczeniem Raju (...).

Po śmierci nadal nie odczuwamy w sposób zmysłowy ni duchowy obecności Boga (...) Tu zaś mamy do czynienia z rozmywaniem się w Naturze, w Kosmosie, w panteistycznym absolucie będącym całością i wszystkim, energia umierającego zgodnie z fizyczną, naturalną zasadą zachowania energii zmienia jedynie postać, by już w nowej wejść do obiegu Natury. A może, jeśli nie rozmywa się i zachowuje swoje skupienie, ponownie zasila jakieś ciało, ulegając reinkarnacji, bo czymże jest dusza, jeśli nie energią generowaną przez ludzki organizm? Najczystszą zaś postać przybiera "duch" poprzez oczyszczenie w ogniu, czyli spopielenie zwłok, kiedy to uwalniany jest bezpośrednio w eter, w przeciwieństwie do ciała gnijącego w ziemi, kiedy to cząstki energii rozciągane są wraz z materią przez drobnoustroje i robaki."

Jak wyobrażasz sobie przyszłość Polski w UE?

Nie ulegajmy już polakatolickiemu zwyczajowi jęczenia i narzekania. Rzecz się stała i nie mamy na nią wpływu, a więc musimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości - której to śmiem twierdzić większość Polaków nawet nie zauważy - i spróbować wyciągnąć z tego faktu jak najwięcej korzyści, tak by pomnożyć nasz własny potencjał. Jednym z momentów do wygrania jest panująca w UE poprawność polityczna z jej niezbywalnym dogmatem wolności religijnej - to powinno nam dać potężny argument na rzecz zdobywania coraz szerszych praw i przywilejów. Dla tego właśnie tak ważne jest nakłonienie wszystkich rodzimowierców do łączenia się w ramach RW, bo to już truizm ale w jedności siła, im nas bowiem więcej, i im lepiej jesteśmy zorganizowani, tym więcej możemy osiągnąć.

Wszechświat, Kosmos - jak odnosisz się do tych zagadnień i czy widzisz gdzieś w tym wszystkim naszą rolę, jako ludzi, jaką spełniamy będąc częścią Wszechświata?

Wszechświat to jeden wielki organizm, kierowany mądrością Bogów - jego immanentnych części, to oni powstali wraz z Wszechświatem - o czym czytamy m.in. w hymnie 129 z 10 księgi aryjskiej Rigwedy, która ostatnio została włączona do książeczki Rodzima Wiara, jako najgłębszy pokład naszej tożsamości religijnej. Bogowie ci funkcjonują podporządkowani i przepojeni wyższą Logiką - nieuchwytną dla człowieka - którą my nazywany Siłą Sprawczą Kosmosu, a o której istocie możemy jedynie przypuszczać i dyskutować, nie ma bowiem objawień tego czy innego, które dawały by proste odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. Zgodnie z tym co pisze Krokiewicz, greccy Bogowie podporządkowani byli szczytowej Moirze, losowi, której nawet Pan Świata Dzeus musiał być posłuszny. To oznacza, że nasi przodkowie w swej religii i wierze (po słowiańsku oznacza ona prawdę) zaklęli umiłowanie porządku, zgodności wszelkiego postępowania z Prawami Natury, które obserwowali przez tysiące lat i na podstawie których organizowali swe społeczeństwa i ryty. Te wszystkie Prawa Natury tworzą łącznie Kosmos - porządek, ład, to co istnieje ogarnięte myślą przewodnią porządkującą Chaos.

Dla nas ludzi, istot wyjątkowych dlatego, że jako jedyni zdajemy sobie z tego sprawę, jest wielkie zadanie do zrealizowania - budowa Kultury. O kształt i metody osiągania Kultury możemy się spierać, ale samo posłannictwo pozostaje. Człowiek sam w sobie nie jest wart wiele dlatego, że jest dwunożnym ssakiem, albo że posiadł mowę, a mówi głównie bzdury, jest wart wiele wtedy, kiedy człowiek staje się Człowiekiem! Dzieje się to poprzez realizowanie swojego Człowieczeństwa w ciężkiej pracy wznoszenia gmachu Kultury.

Powtarzam często własne stwierdzenie, że my rodzimowiercy jesteśmy kosmo-lokalni. Oznaczać to ma po pierwsze, że zdając sobie sprawę z nieskończoności Wszechświata nie próbujemy wzorem chrześcijaństwa ustawiać naszej Ziemi w jego centrum, a naszego boga jako jedynego, tak jak pisał Nietsche - starzy Bogowie zanoszą się śmiechem słuchając buńczucznych pohukiwań młodego Jahwe ogłaszającego, że jest jedynym. Po drugie, co wynika z powyższego wiemy, że nasza Wiara jest dobra dla nas samych, na tym malutkim wycinku Wszechświata jakim jest nasza ziemia i to nie w rozumieniu całej planety, ale tej ziemi ojczystej. W związku z tym nie pretendujemy do roli religii uniwersalnej, podobnie jak nie czynią i inne rodzime wiary różnych ludów. Nasze zadania więc są Kosmiczne, ale na naszym małym z punktu widzenia całości wycinku, odbijające się jednak echem w całym Wszechświecie i Wieczności. Chodzi o to, by w dostępnej dla nas skali stać się potężnymi olbrzymami, których działa będą warte uwagi Wszechświata!

Dzięki za wywiad. Jakieś ostatnie słowa?

Przed nami daleka droga, a zdając sobie sprawę z jej trudów musimy czynić wszystko, by kontynuować podróż razem i to w jak największej grupie. Sława!

Logowanie

Najbliższe święto

Święto plonów 22.09.2017 20:00 0 Dni Święto plonów

Ostatnio na forum

1996-2017 Rodzima Wiara
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος