Trzygłów

trzyglow_weles_mTrzygłów jest bogiem, którego imienia nie trzeba chyba tłumaczyć. W źródłach niemieckich występuje on jako Trigelawi i Triglaus, skąd odczytywano imię w brzmieniu "Trygław", które weszło do obiegowego języka, jest jednak błędne i stanowi swoistą hybrydę językową, bowiem w brzmieniu polskim należałoby to odczytać jako Trzygłów, zaś we wczesnośredniowiecznej wersji pomorskiej brzmiało ono chyba Triglav. Mamy tu w sposób oczywisty do czynienia z  bogiem o trzech głowach, jednak imię Trzygłów/Triglaw nie może być w żaden sposób właściwym i pierwotnym imieniem Boga, a jedynie opisowym epitetem utworzonym od jego cech zewnętrznych lub cech jego posągu, który zastąpił stare imię właściwe. Pojawiło się ono zgodnie z częstym w tradycyjnych kulturach prawem tabu, zabraniającego wymawiania imion bogów, które zastępowane były przez różnorakie "przezwiska".

Opisy Trzygłowa i jego kultu znamy głównie z tekstów Żywotów św. Ottona z Bambergu, z XII wieku. Wynika z nich, iż był Bogiem czczonym przez plemiona pomorskie i połabskie, a jako centra kultowe wymieniane są Szczecin, Brenna (dziś Brandenburg) oraz pośrednio Wolin. Drugi z żywociarzy, Ebbo pisze: "Szczecin zaś, bardzo duże miasto i większe od Wolina, w zasięgu swoim trzy góry zawierał, z których najwyższa poświęcona najwyższemu bogu pogańskiemu Trzygłowowi, posiadała posąg trójgłowy nakryciem złotym oczy i usta zasłaniający; kapłani zaś tych bożków twierdzili, że bóg najwyższy ma dlatego trzy głowy, bo trzema zawiaduje państwami, to jest nieba, ziemi i podziemia, a twarz nakryciem zasłania, jakby grzechów ludzkich nie widząc ani nie słysząc, by je przeoczył...". Te ostanie stwierdzenie to typowy przykład interpretacji chrześcijańskiej przykładanej przez kronikarzy do pogańskich stosunków religijnych. Jednak trzon dotyczący trzech sfer jest rodzimy i bardzo archaiczny, gdyż słowiański model świata (jak wiele systemów indoeuropejskich) składał się z trzech sfer Kosmosu - bogów, ludzi i podziemnej krainy zmarłych. Wskazuje na to m.in. układ wyobrażeń na posagu ze Zbrucza, który ujęty jest właśnie w trzech poziomach, podobnie zresztą - co zauważył rosyjski badacz religii Słowian Borys Rybakow - jak postacie na brązowym krzyżyku wysokości 7,2 cm z ok. X w., znalezionym na terenie dzisiejszej Słowacji, które wyraźnie układają się właśnie w trzy poziomy, świadcząc o przenikaniu pogańskich wierzeń z nowo przyjętą religią chrześcijańską.

Kolejny autor żywotów św. Ottona Herbord opisuje natomiast: "były zaś w Szczecinie cztery kąciny (świątynie), ale jedna z nich, najgłówniejsza, zbudowana była dziwną sztuką i kunsztem, mając zewnątrz i wewnątrz rzeźby, wystające ze ścian obrazy ludzi, ptaków i zwierząt, tak dokładnie wyrażone w swoich właściwościach, że zdawało się jakby oddychały i żyły". W świątyni tej przechowywano wielkie bogactwo ozdób, broni i sprzętów ozdobnych ze złota i srebra, których używano przy wspólnym świętowaniu, czy obradach. "Był tam bałwan (posąg) trójgłowy, bo na jednym tułowiu o trzech głowach, zwany Trzygłowem". Z żywotów dowiadujemy się też, iż Trzygłowowi poświęcony był wielki, wspaniały koń czarnej maści, "również jego siodło złotem i srebrem, jak na boga przystało, przyozdobione...". Koń ten "próżnował sobie cały rok, a uchodził za taką świętość, że się nań żaden jeździec nie godził", służył jedynie do czynienia wróżb, o powodzeniu planowanej wyprawy wojennej. Wówczas kładziono na ziemi dziewięć włóczni, w odstępach jednego łokcia, po czym kapłan trzykrotnie go przeprowadzał za uzdę. Jeśli koń nie potknął się, ani nie porozrzucał włóczni był to znak pomyślny i można było przedsięwziąć wyprawę.
W Wolinie znajdowała się oddzielona od miasta świątynia, w której stał niewielki posążek ze szczerego złota, być może o posrebrzonych twarzach.

W obawie przed misjonarzami kapłani oddali posążek na przechowanie pewnej wdowie, która ukryła go w pniu drzewa. Wedle Ebba, towarzysz prowadzącego misję Ottona, Herman wytropił posążek ukryty w pniu. Uknuł podstęp i udając, że chce złożyć w ofierze monetę, wrzucił ją do dziupli, a gdy uderzyła w figurkę do uszu Hermana dotarł dźwięk metalu. W ten sposób nabył on pewności, że poszukiwany obiekt się tam znajduje, a żeby odżegnać się od choćby udawanej czci pogańskiej splunął siarczyście. Następnie skradł posążek wraz z towarzyszącymi mu innymi przedmiotami kultowymi. Dostarczył zdobycz Ottonowi, a ten na oczach starszyzny plemiennej kazał przetopić posążek, a złoto z niego pochodzące posłużyć miało na wykup jeńców. Symbolem wolińskiego boga była włócznia, wbita w słup, wskazująca na militarny i władczy charakter owego boga. Co prawda kroniki nie podają imienia "Trzygłowa" w odniesieniu do Wolina, a Herbord pisze o czczonym tam panu umarłych - Plutonie, jednak widać, że tradycja związana z posążkiem jednoznacznie utożsamiła owego Pana z Trzygłowem. Ciekawe jest, że pogańskich Wolinian w przeciwieństwie do chrześcijan charakteryzowała duża tolerancja, gdyż jak pisze Adam z Bremy, mieszkało w nim wiele obcych ludów "także i sascy przybysze otrzymują prawo zamieszkania, byleby tylko przebywając tam, nie obnosili się z oznakami swego chrześcijaństwa".

Podobne do wolińskiego Plutona informację podaje Thietmar w odniesieniu do Obodrzyców, a dokładniej najdalej na północny zachód wysuniętego ich plemienia Wagrów siedzących w dzisiejszym Wschodnim Holsztynie: "...to bezecne zuchwalstwo wydarzyło się w miesiącu lutym, który poganie czczą przez ofiary oczyszczające oraz stosowane dary zewsząd znoszone i który wywodzi swe miano od podziemnego boga Plutona, zwanego prze nich także Februus..." (tj. etruski bóg podziemia). Są to peryferyjne zimie osadnictwa słowiańskiego, a więc kusi stwierdzenie, że tak daleko jak sięgały ziemie Słowian tak daleko sięgał kult boga podobnego Trzygłowowi.

XVIII wieczny autor Christian Knauthe - jak podaje Jerzy Strzelczyk - twierdził, że także Serbowie Łużyccy w Miśni czcili Trzygłowa (Trigla, Triglow), który miał trzy złote głowy pod jednym kapeluszem, a w dłoni trzymał księżyc. W tym przedstawieniu kryje się wiele elementów nas interesujących - złoto koresponduje z przedstawioną niżej pewną funkcją tytułowej postaci, srebro jego księżyca odpowiada danym o takimż materiale jego głów lub zasłon je kryjących, wreszcie sam księżyc wskazuje na noc, czyli porę właściwą naszemu bogowi.

 

Kosmiczna góra

Kolejnym wielkim centrum kultowym Trzygłowa była Brenna (dziś Brandenburg), stolica zachodniosłowiańskiego plemienia Stodoran/Hawelan, przy której na Górze Harlungów (dziś Marienberg) stał posąg - lub nawet świątynia jemu poświęcona - zniszczony w 1. połowie XII wieku. Niektórzy językoznawcy wywodzą nazwę Stodoran od irańskiego słowa oznaczającego ciemność, mrok, a więc cech czy atrybutów właściwych władcy podziemnego świata. W niezwykle ciekawy sposób łączy się to z odległą Słowenią, której najwyższym szczytem jest mierząca 2863 m. n.p.m. góra o nazwie Triglav leżąca w Alpach Julijskich. Jedna natomiast z wersji słowiańskiego mitu o powstaniu świata mówi, iż z odmętów pierwotnego oceanu najpierw wyłoniła się góra Triglav. Ma być ona częścią osi wszechświata, a jej trzy wierzchołki odpowiadają trzem sferom kosmosu. W bezpośrednim natomiast sąsiedztwie szczytu Triglav znajduje się miejscowość Stodor! Dziwne jest że badacze słowiańskich wierzeń zazwyczaj nie zauważają tak uderzającego podobieństwa pomiędzy nazwą tej miejscowości a mianem odległego plemienia czczącego Triglava i ich znaczenia wywodzonego od mroku. Jest to bardzo istotna i cenna informacją, chyba dość jasno wskazującą nie tylko na szeroki zasięg kultu, ale także potwierdzającą pewne funkcje, które Trzygłowowi się przypisuje, a które przedstawimy poniżej. Stanisław Rosik uważa wręcz, że bóg Trzygłów jest personifikacją owej góry kosmicznej, która ulegając stopniowej antropomorfizacji stawała coraz to bardziej abstrakcyjną i oddaloną od swej naturalnej postaci. Przypomnijmy, że w Szczecinie wspomina się trzy góry, z których najwyższa poświęcona jest trójgłowemu. Niech nam będzie wolno więc tutaj przedstawić możliwość, że Słowianie, którzy przywędrowali w rejon ujścia Odry, niosąc ze sobą prastare wierzenia, gdy ujrzeli trzy znajdujące się obok siebie wzgórza nadające się do zamieszkania, uznali, że jest to emanacja owej kosmicznej góry Triglav, a więc oczywistym było, że naczelnym Bogiem w tym miejscu może być tylko Trzygłów.

Pozostałości kultu

Śladów kultu Trzygłowa na ziemiach Słowian jest zresztą sporo, jak - poza wyżej opisywanymi - choćby nazwa wsi Trzygłów leżącej pod Gryficami koło Szczecina. Niemieccy badacze Pomorza zanotowali legendę, wedle której wolińscy żercy (kapłani pogańscy) chcąc oszczędzić posążek Trzygłowa przed zniszczeniem z rąk Ottona, ukryli go właśnie w tej wsi pod Gryficami, która to odtąd nosi nazwę Trzygłów. Jeszcze inni mówi, że tym właśnie miejscu miało znajdować się miejsce kultu tego boga, nie zostało to jednak potwierdzone. Dalsza część legendy posążka opowiada o starym słowiańskim kapłanie, który w obawie, że posążek we wsi Trzygłów nie jest bezpieczny, postanowił wywieźć go w inne miejsce i zgubiwszy pogoń chrześcijan ukrył go pod wielkim głazem. Głaz ten znajduje się w Tychowie i zwie nie inaczej jak Trygław. Jest to największy w Polsce i jednocześnie jeden z największych w Europie głaz narzutowy, granitowy, ciemnoszary a miejscami nawet czarny (barwa wszak godna Trzygłowa!). Obwód głazu wynosi 44 metry, ma on 13,7 metra długości, 9,3 szerokości, nad ziemię wznosi się na wysokość 3,8 metra a jeszcze na ponad 4 metry kryje się w ziemi.

Ma około 700 m3 objętości i waży około 2000 ton - rozmiary także godne boga a z pewnością i księcia, bowiem ponoć jeden z zachodniopomorskich książąt wjechał nań wozem czy karetą zaprzężoną w cztery konie i zawrócił nań. Gmina Tychowo dziś chwali się, że w dwóch miejscach głaz wydaje się pusty i być może pustka ta kryje jeszcze złoty posążek. Głaz otoczyło wiele innych legend (które na podstawie przedwojennych niemieckich publikacji analizował Jan Prokopiuk w artykule "Magiczna konstrukcja relacji o tychowskim Trygławie"), a jedna z nich porządkuje temat wolińskiego posążka, który najpierw miała ukryć w pniu drzewa znana nam już wdowa, potem przekazała go "staremu pogańskiemu szlachcicowi" - może owemu żercy - a gdy ten musiał uciekać z kraju nie chcąc go oddać w obce ręce, zakopał go pod wielkim głazem w Wychowie, by nie został znaleziony tak długo, "jak długo chrześcijańscy nauczyciele będą na Pomorzu panować". W 1874 roku zaś na głazie został wzniesiony, na którym umieszczono napis zanotowany przez niemieckich badaczy: "Bałwochwalstwo i grzech pokryły ziemię ciemnością; Dopóki śmierć Chrystusa nie sprowadziła światła i życia; Zrzuca Trygława pod kamień w zapomnienie; I sprowadza ludzi na łono Ojca". Inna zaś grupa legend przywołanych przez J. Prokopiuka próbuje tłumaczyć pochodzenie głazu Trygław z działalnością sił nadprzyrodzonych, a dokładniej diabła, co więcej czasem akcji jest najczęściej noc (!). Dodajmy, że jest to dla nas bardzo znaczące, bowiem jak zobaczymy poniżej bóg, który kryje się z imieniem Trzygłów - z racji swoich właściwości, kompetencji, czy barwy - w wyniku chrystianizacji utożsamiany był m.in. z diabłem.

Weles, Wołos

Skoro powiedzieliśmy wyżej, że Trzygłów nie może być pierwotnym, właściwym imieniem, to kim jest bóg o trzech głowach? Czarna barwa poświęconego mu konia wskazuje na chtoniczny charakter, bowiem i u innych ludów indoeuropejskich bogom podziemi składano w ofierze byka tej maści, a u Słowian chtonicznemu bogowi imieniem Weles składano ofiarę właśnie z takiego zwierzęcia. Dodatkowo byk ten powinien być w wieku trzech lat, albo też ofiarą stawały się zwierzęta trzech różnych gatunków. Pojawia się więc tutaj nieprzypadkowa liczba trzy! Powieść Lat Minionych donosi o słowiańskich zwyczajach pogrzebowych: "I jeśli kto umierał, to czynili nad nim tryznę, a potem czynili stos wielki i wkładali na ten stos umarłego i spalali...". Ewidentnie więc nazwa ofiary pogrzebowej zawiera w sobie pierwiastek "tri". Herbord pisząc o Wolinie a Thietmar o Wagrach nie podają co prawda słowiańskiego imienia pana zmarłych, jednak w tym pierwszym przypadku tradycja ludowa sama je wskazała. Sumując to wszystko możemy więc być pewni, że Trzygłów jest regionalnym wcieleniem ogólnosłowiańskiego i o wiele starszego Welesa, podniesionym do rangi oficjalnego kultu, co było typowe dla schyłkowego okresu pogaństwa pomorskiego i połabskiego.

Weles jest natomiast jednym z najważniejszych Bogów Słowian, chociaż źródłami pisanymi poświadczony jest wyłącznie dla Słowiańszczyzny wschodniej. Przyjmuje się, iż imię Welesa ma wspólne pochodzenie ze słowiańskim "weletem", czyli siłaczem, wielkoludem, olbrzymem, utworzonym od rdzenia "wiel-", jak "wielki", "wiele". Występuje również w wersji Wołos i sądzi się, iż jest to wyłącznie wynikiem odmiennej wymowy, podobnie jak polskie "mleko" a ruskie "mołoko', polskie "włos", a "wołos".

Skotij bog

Jeden z tekstów staroruskich opisuje Wołosa jako "skotij bog", czyli "bydlęcy bóg", skąd głównie przypuszczenie, iż Weles jest bogiem bydła, a być może wszelkich zwierząt i dostatku. Aleksander Brückner twierdzi jednak, że jest to dowolny wtręt kronikarza. Czemu? Ano dlatego, iż imię Wołos przypomina bardzo Własa, czyli słowiańską wersję imienia św. Błażeja, który właśnie patronował stadom. Pozostaje natomiast pytanie, kto od kogo otrzymał właściwości opiekuna bydła? Znany jest bowiem mechanizm, zgodnie z którym w momencie przenikania chrześcijaństwa do szerszych mas czczeni przez nie Bogowie zastępowani byli przez poszczególnych świętych i inne chrześcijańskie istoty wyższe. Inaczej - nowi święci utożsamiani są z podobnymi sobie dawniejszymi Bogami, albo wręcz "dopasowywani" tak, by zapewnić lukę po dawnym patronie odpowiadającym za jakiś istotny aspekt życia i kultury ludzkiej. Błażej nie był dla Słowian jednak jedyną postacią z mitologii chrześcijańskiej, która związana była z bydłem.

W Polsce bowiem rozwinęła się legenda błogosławionego Bogumiła, jedenastowiecznego arcybiskupa gnieźnieńskiego, który był stronnikiem Bolesława Śmiałego, co przypłacił po upadku króla prześladowaniami w wyniku których stał się eremitą i jako taki po 12 latach zmarł. Jego postać przypomniał Włodzimierz Szafrański, opisując legendę ukazującą go jako dobroczyńcę i opiekuna ludu, który karmił rybami, gdy te same wychylały się z wody na jego wezwanie. Suchą stopą przechodził on też po wezbranej Warcie, a jego kult cieszył się wielką popularnością. Co to oznacza dla nas powiemy nieco później, a w tym miejscu podamy jeszcze informacje przytoczone przez T. Wojciechowskiego: "Charakter cudów przypisywanych Bogumiłowi taki starożytny, iż mniemam, że w całej polskiej historiografii nie znajdzie cudów, które trąciłyby taką pleśnią pradziejową...

Bogumiłowy patronat nad końmi i bydłem. On ochrania statek biednego ludu od zarazy; on umie wyleczyć, a nawet wskrzesić [owe bydło i konie - W. Szfrański]... obwodzili swoje stada trzykrotnie [podkreślenie własne I.D.G.]wokoło kościoła. I odbywał się taki kult nie tylko w dzień śmierci Bogumiła, tj. 12 czerwca, ale i przez całą oktawę św. Trójcy (...) Jest w tym wszystkim coś tak starożytnego, jak gdyby to była składowa część jakiegoś kultu pogańskiego, oddawanego takiemu bogu, jakiego nazywano na Rusi Wołosem". Zaklinający ryby ukazuje nam się tutaj ów Bogumił w roli władca sił natury a motyw otoczenia przez wezbraną rzekę i pozostawania suchym wskazuje ewidentnie na akwatyczne środowisko i panowanie nad wodami. Obie te właściwości zaś, jak pokażemy niżej (przy czeskich odsyłaniach oraz przy omawianiu roli partnera i przeciwnika panującego nad wodami, tj., chaosem), są przynależne nikomu innemu jak Welesowi. Podobnie zresztą jak i trzeci wskazany przed chwilą aspekt dawcy dostatku, który jako spadek po Welesie polski Bogumił dzieli z Ruskim Mikołajem (przy złocie i Mikołaju).

Skoro mówiliśmy o oboczności włos/wołos, trzeba dodać, że i ona nie jest bez znaczenia, bowiem również z włosami wiąże się pochodzenie imienia Wołosa, co wydaje się znakomicie uzupełniać jego "bydlęcą" domenę. Należy sobie uzmysłowić, jak wielkie znaczenie dla gospodarki, a przez to dla kultury Słowian miało bydło, a wówczas można zrozumieć wysoką rangę Welesa-Wołosa. Bydło oznaczało dostatek, a podczas zaślubin para młoda stała na kudłatym kożuchu, który przez mnogość swych kłaków przynosił płodność i dostatek. W XIX w. w dniu św. Błażeja (a więc Welesa) wschodniosłowiańscy owczarze w momencie pojawiania się gwiazd na niebie wychodzili przed dom i stawali na rozłożonym na ziemi runie i zanosili się śpiewem skierowanym ku gwiazdom (być może Plejadom). W podaniach i mitach, podczas nastawania nowego roku, w czasie narodzin Młodego Boga (tj. Słońca) zazwyczaj towarzyszy mu złotorogi Jeleń! Zwierzęta te natomiast przez mitologie i folklor słowiański uznawane są za pośredników ze światem zmarłych, a może także za wcielenia dusz przodków.

Pozostałością kultu Welesa pod postacią byka lub tura, jest także ludowy obrzęd obnoszenia kukły tura oraz ubieranie kolędników w kożuchy wywrócone sierścią na wierzch. Innym wariantem takiego obrzędu jest obnoszenie kukły kozy, podczas którego prowadzącego ją dziada odgrywał chłopiec skryty za maską. Obrzęd ten można przedstawić w następujący sposób, zachowały się bowiem ludowe przyśpiewki i zawołania doń się odnoszące. Pytał więc "kozioł" czy może wejść do domostwa, wówczas go zapraszano, a wówczas on wyrażał wątpliwość: "Tylko się boje starego dziada; ten dziad ma mocny łuk i pęk strzał; ustrzeli on mnie pod szczere serce." W tym momencie koza "zdycha", czego przedstawienie często łączyło się z symulowanymi drgawkami konania. Dalsza część, stwierdzająca śmierć kozy zachowała się w wersji wschodniosłowiańskiej: "Oj udaryu kazyńku, pod prave uśko; kaza upała, zdochła, prapała!". Podobnie wezwanie kozy do zmartwychwstania: "Ustań, kazyńka, da raschaźiśa, panu chaźainu u noźki skłaniśa: śtob dau pan chazain velikij piruoch, a chaźajećka kusoćek sallecka, śtob naśa kazyńka zdarova ustała".

Dalszą część, cieszącą się z powstania kozy znamy znów po Polsku: "Da począł chodzić nasz kozioł, da na różkach, da na różkach..., Da zaródź, boże, da naszemu królowi żyto kłosiste, da ziarniste, jęczmień kłosisty i groch zamaszysty." Dlaczego koza miała tak wielkie znaczenie podczas święta Godów? Bowiem symbolizowała m.in. płodność i dostatek, co zachowało się w zaklęciu: "Źe kaza roham, tam żyta stoham; źe kaza nahoj, tam żyta kapoj; źe kaza chaziła, tam żyta raziła", czyli: "Gdzie koza rogiem, tam żyto stogiem; gdzie koza nogą tam żyto kopą; gdzie koza chodziła, tam żyto rodziło". Wróćmy tutaj do Kolankiewicza, który przypomniał, że już Adam Mickiewicz, zgłębiał etnograficzne pokłady w białoruskim obrzędzie Dziadów, którego był naocznym świadkiem.

Wieszcz zdawał sobie sprawę z uniwersalności motywów rytualnych, jakim było urządzanie uczty dla zmarłych i wywoływanie duchów, przywołał żmudzki zwyczaj składania z kozła ofiary dla duchów przodków i bogów chtonicznych, zwany "ucztą koziołka", i przyrównał go zwyczajów starożytnej Grecji. Jak zresztą miał udowodnić Stanisław Pigoń i Mickiewicz, a za nim Stanisław Wyspiański przypisywali teatrowi pomoc w kontaktowaniu się z duchami przodków, a ten ostatni miał żywić wiarę w więź ze zmarłymi przodkami przez sztukę. Byłby to więc dowód na niezwykle archaiczne i "autentyczne" rozumienie sztuki teatralnej jako obrzędu, bo właśnie rytuały takiego rodzaju dały przecież początek greckiej tragedii. To wszystko pozwala nam zrozumieć podwójne znaczenie symbolu kozy - jako pośrednika w kontaktach ze światem zmarłych oraz jako gwaranta dostatku.

Kult zmarłych

Istnieje bardzo wiele dowodów na to, że podczas obrzędów ku czci przodków, kapłani czy ofiarnicy malowali twarze bądź przywdziewali maski zasłaniające twarz. W obu przypadkach osoby te niejako odgrywały rytualną rolę zmarłych, a jak zauważył przytoczony przez Leszka Kolankiewicza - w poświęconej rytuałom święta zmarłych książce "Dziady" - Roland Barthes: "Znamy pierwotny związek teatru i kultu Zmarłych: pierwsi aktorzy wyróżniali się ze zbiorowości grając role Zmarłych. Ucharakteryzować się, pomalować, znaczyło to określić się jako ciało jednocześnie żywe i martwe". Z ziem polskich znane są dwie maski znalezione na Ostrówku w Opolu, wykonane w XI wieku z drewna w bardzo prostej formie, pozbawione niemal mimiki, z ledwo zaznaczonym nosem i prymitywnie - w postaci lekko ukośnych nacięć - włosami na "czole". Zachowały się natomiast na powierzchni minimalne ślady czerwonej farby. Jako analogię do tych masek Helena Cehak-Hołubowiczowa wskazuje pochodzącą z XIII wieku wykonaną z kory maskę z Nowogrodu Wielkiego. Bezsprzecznie wszystkie te maski miały charakter kultowy i wykorzystywane były podczas obrzędów ku czci przodków. Możemy więc pokusić się tutaj skojarzenie kilku faktów.

Otóż jak się przyjmuje, maska z Nowogrodu, poprzez oddaną mimikę przedstawia śmiejącą się twarz. Z przekazu Ibrahima Ibn Jakuba wiemy natomiast o Słowianach, że: "Oni głośno objawiają radość i cieszą się przy paleniu zmarłego i twierdzą, że ich radość i głośne oznaki wesela [pochodzą] stąd, że pan jego [tj. zmarłego] zmiłował się nad nim". A. Kowalik przypominając, że obrzędom pogrzebowym towarzyszyła rytualna wesołość dodaje, że w języku staro-cerkiewno-słowiańskim na określenie "naśmiać się", "uśmiać się" istnieje słowo "natrizniti". I znów nasze "tri"! Łączy się ono zresztą ze sferą przemijania i cierpienia, bowiem przytaczając za Kowalikiem znaczenia słowiańskich wyrazów zawierających cząstkę "trizn-", i kontynuowane w "tru-", "try-", "trov-", "trav-", znaczących m.in. "powodować cierpienie", "tracić", "spędzać czas", jak np. polskie "tryźnić", czyli "uciskać, ciemiężyć, męczyć, dręczyć".

Zwyczaj wykonywania i używania masek zachował się zresztą bardzo długo w kulturze ludowej, znana jest bowiem wykonana z kory brzozowej białoruska maska z Ciecierek. Poza materiałem podstawowym wykorzystano w niej także włókien lnu by oddać brwi, część włosów, brodę i wąsy. Całość ewidentnie przedstawia starego dziada. Podobna charakterem maska wykonana z tego samego materiału podstawowego znana jest z terenów Wielkorusów syberyjskich, ale ta malowana była na ciemnoczerwono. Także w tym, wypadku całość uzupełniono brodą, ale wykonaną z sierści łosia. Według Kazimierza Moszyńskiego właśnie takich masek takich używano w obrzędzie obchodzenia wsi z kozą.
Na tym tle wracając do masek opolskich, trzeba powiedzieć, że powyższe analogie etnograficzne dały początek zasadnemu przypuszczeniu Heleny Cehak-Hołubiewiczowej, że wczesnośredniowieczne maski miały dokładnie taki sam charakter. Czemu? Ano dlatego, że w obu przypadkach w dolnej części maski, tuż nad brodą zrobiono okrągły otwór - jedyny poza otworami na oczy. Pierwsze skojarzenie podpowiada, że jest to otwór na usta, mający umożliwić oddychanie lub mówienie, tylko, że jak dla tych celów umieszczony jest on zbyt nisko jak na ludzką fizjonomię.

Doskonale natomiast nadawał się do zamocowania brody uczynionej bądź to z włosia, bądź lnu. Prymitywnie tylko zaznaczony nos i włosy miałyby zaś sugerować - zgodnie z wyglądem masek późniejszych - że także te części twarzy dorabiane były z innego, nie zachowanego materiału. Z naszej strony dodajmy, że w takim razie nie powinien dziwić brak otworu na usta, który jest raczej logiczny i konsekwentny, bowiem zgodnie z dawnymi wierzeniami duchy porozumiewały się ze zmarłymi raczej za pomocą znaków niż mowy, która była wyznacznikiem żywych ludzi. Idąc dalej, skoro dla Słowian - dla starożytnych Greków także - "dusza" jest związana z tchnieniem (porównaj: "dusić" - pozbawiać tchu; albo "dyszeć") a to wydobywa się z ust, trudno by maska mająca symbolizować zmarłego posiadała usta, bowiem sama przedstawiała "duszę" czyli "tchnienie".

Dodatkowo przemawia do nas fakt, że razem jedną z opolskich masek spoczywała figurka "koziołka" a dokładniej drewniany przedmiot zwieńczony główką o dwóch rogach. Podobne dwa "koziołki" znaleziono w starszych warstwach opolskich. Na Ostrowie Lednickim natomiast znaleziono znacznie staranniej wykonaną figurkę postaci posiadającą głowę koziołka, ale stojącą na dwóch nogach w pozycji wyprostowanej! Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia, podobnie jak w przypadku folklorystycznych kolędników z wyobrażeniem Welesa.

Trzeba pamiętać, że w wielu archaicznych kulturach, w ich sztuce występowały dwunożne postaci zaopatrzone w rogi zwierzęce - w wariantach jeleniowatych, lub kozich. Zazwyczaj postaci te oznaczały pośrednika świata zmarłych, a bardzo często w rogi wyposażony był strój rytualny szamana, którego głównym zadaniem był kontakt z duchami m.in. poprzez użyczenie swojego ciała duchowi albo duchową podróż w zaświaty (patrz m.in.: A. Szyjewski "Szamanizm"). Znakomicie koresponduje to z rogatą postacią Welesa, a warto dodać, iż prasłowiańska nazwa wróżbiarzy to "wołchw", a Wołos jako pan krainy zmarłych opiekował się także magią. Kronikarz Thietmar, pisząc o wróżbach czynionych przez kapłanów w Radogoszczy podaje, iż oprócz posługiwania się w tym celu świętym koniem Swarożyca, zakopywali oni także losy w ziemi, (czyli pytali o zdanie boga chtonicznego) i wyraźnie zaznacza, iż mamrotali przy tym. W starosłowiańskim natomiast mamrotać to "vlsnąti, vlchnąti", czyżby więc utworzone od imienia patrona mamroczących wróżów? W tym miejscu należy dodać, iż słowiański epos "Słowo o wyprawie Igora" starego, wieszczego poetę i gęślarza Bojana, śpiewającego o "starowiecznej" Słowiańszczyźnie, nazywa "wnukiem Welesa"! To wszystko ukazuje nam więc kolejną rolę Welesa, jako opiekuna wszelakich żerców, wołchwów (kapłanów, wróżów) i wszelkich "wiedzących", czyli swoistych ówczesnych "uczonych". Widać też wyraźnie, że wołchwowie byli tymi, którzy kontaktowali się ze światem zmarłych - duszami lub samym Welesem.

U Słowian, podobnie jak na Litwie, dusze zmarłych nosiły nazwę "wele". Jeszcze w XVII wieku zanotowano na Żmudzi, iż Wielon był "bogiem dusz". Jako bóg zaświatów jest więc Weles bóstwem chtonicznym (podziemnym). Kronikarz niemiecki Herbord - jak już powiedzieliśmy - pisał w XII wieku, iż w Wolinie czczony był bóg umarłych, którego nawał Plutonem, zaś w samej nazwie Wolin, niektórzy widzą związki z Welesem, podobnie zresztą jak w przypadku Wołogoszczy (dziś Wolgast w Meklemburgii). Chtoniczności Welesa dowodzi również jeden z dawnych słowiańskich sposobów składania przysiąg, podczas których rozcierano darń i posypywano nią głowę przysięgającego. Darń symbolizuje tu oczywiście ziemię, czyli żywioł podziemnej krainy zmarłych, a po litewsku darń ową zwano "welena" . Skądinąd wiadomo natomiast, iż Wołos był bogiem, na którego imię klnięto się składając przysięgę. Staroruska "Powieść lat minionych" opisując układy Rusi z Bizancjum w latach 907 i 971 podaje, iż "wszystka Ruś" klęła się na Wołosa, mówiąc: "niech będziemy wyzłoceni jak złoto" w razie złamania słowa! Nie oznacza to wcale zapowiedzi przebogatych podarunków, ale zgodnie z terminem "zołotucha" oznaczającego zołzy, czyli chorobę gruźlicy gruczołów chłonnych i wtórną gruźlicę skóry!!! Karol Modzelewski zwraca uwagę na wspólnotowy charakter składanej przysięgi, kiedy to krewni razem występowali wobec sacrum, co zresztą nieźle ilustruje zwrot "wszystka Ruś".

Inny wariant mitu o krainie zmarłych, zwanej także Nawią, umiejscawia ją gdzieś daleko na zachodzie - za wodą (morzem, wielką rzeką), co ma swoje odzwierciedlenie w czeskim, używanym jeszcze w XVI wieku odsyłaniu "za morze do Welesa", zanotowano bowiem w roku 1561 życzenie pewnego męża, "aby jego żona-sekutnica dziką gęsią za morze ku welesu uleciała. Ówcześni czesi w ogóle używali imienia Welesa do przekleństw, i tak zamiennie "ki czart" z "ki weles", lub też "porzućmy u welesa - czyli "do diabła" - te grzechy". Nie dziwi łatwe utożsamienie Welesa z diabłem skoro dziedziną tej "włochatej" istoty były podziemia, kraina zmarłych. Ruskie zaklęcia przedstawiają Welesa mieszkającego i panującego w zaświatach, w bagnie po środku krainy Nawii, gdzie u korzeni Drzewa Kosmicznego stoi jego złoty tron.

Jak wynika z powyższego, tylko więc pozornie odmienną interpretacją od tej widzącej w Welesie opiekuna rogacizny jest ta oparta na jego funkcji boga zaświatów. Podobnie rozumiał to W. Szafrański, pisząc: "...kult Welesa skupiałby w sobie dwa pierwiastki, a mianowicie cześć oddawaną siłom przyrody (kult byka) i siłom społecznym (kult przodków), zespolone i przekształcone zbiegiem czasu w kult antropomorficznie pojętego bóstwa, które mogło być nawet wyobrażane z głową zwierzęcą, co byłoby reliktem dawnych, totemistycznych wierzeń".

Istnieje jeszcze więcej - poza wspomnianą tryzną - dowodów na to, że bóg opiekujący się duszami zmarłych związany był z liczbą trzy. Tak więc będący Persem podróżnik zwany często ibn Rosteh (ibn Rusta) opisał w początkach X wieku, chociaż być może korzystał ze źródeł pochodzących z 2 połowy IX wieku, zwyczaje pogrzebowe Słowian, m.in., że: "Jeśli zmarły miał trzy żony, a jedna z nich twierdzi, że jest jego ukochaną, ustawia obok zmarłego dwa słupy, które utwierdza pionowo w ziemi. Następnie kładzie na ich szczycie w poprzek inny kawałek drzewa i zawiesza pośrodku niego sznur, którego jeden koniec jest uwiązany do jej szyi, a ona staje na stołku. Kiedy to uczyni, wyjmuje się spod niech stołek, ona zaś pozostaje zawieszona, dopóki nie udusi się i nie umrze." Zwraca tu uwagę nie tylko fakt, iż była to trzecia żona, ale także fakt konstruowania swoistej szubienicy z trzech belek, z czego w oczywisty i drastyczny sposób to ta "trzecia" była kluczową.

Dla porównania arabski podróżnik Ibn Fadlan opisał ceremonię pogrzebową naczelnika Rusów: "A w piątek, kiedy nastała pora popołudniowa, przywiedli niewolnicę ku czemuś, co zbudowali uprzedni, [a co] podobne było do odrzwi bramy. I postawiła nogi na dłoniach mężczyzn, uniosła się ponad te odrzwia i przemówiła w swojej mowie; i opuścili ją na dół. Potem unieśli ja po raz drugi, a ona uczyniła to samo co za pierwszym razem, po czym opuścili ją na dół. I unieśli ją po raz trzeci, a ona zrobiła to, co robiła w obu razach. (...) Spytałem tłumacza o [znaczenie] jej czynów. Rzekł: >> Gdy podnieśli ją za pierwszym razem, powiedziała: <Oto widzę mego ojca i moją matkę>, za drugim rzekła: <Tam oto [widzę] siedzących wszystkich moich bliskich, którzy zmarli> a za trzecim rzekła: <Tam oto widzę mego pana siedzącego w rajskim ogrodzie, ogród jest piękny i zielony, są z mężczyźni i słudzy, a oto on mnie przyzywa. Prowadźcie mnie do niego><<". Znów widać konstrukcję podobną tej opisanej przez Persa, w kształcie "bramki" złożonej z trzech elementów. Kobieta zaś unoszona jest trzykrotnie ponad jej poprzeczkę (znów najważniejszy z części składowych), w wyniku czego może dojrzeć zaświaty i przebywających w nich ludzi. Jest to bardzo czytelna symbolika bramy, przejścia, a Kowalik podaje cały szereg przykładów tradycji z tym związanych (chociaż jego wnioski odnośnie identyfikacji postaci związanych z tym motywem są odmienne od naszych). Kolankiewicz zaś w "Dzidach" przypomina motyw drzwi pojawiający się w różnych kulturach i cytuje Jana Białostockiego, który mówi o bramach, iż są: "symbolem granicy rodzajów egzystencji, a w konsekwencji symbolem innego świata, pozagrobowego".

Partner i przeciwnik

Aleksander Gieysztoruznał, iż Weles jest władcą jednej z dwóch sfer Kosmosu, a więc wraz z Perunem jest współsuwerenem Wszechświata (jak indoeuropejski Mitra i Waruna) i dlatego zazwyczaj wymieniani są wspólnie, przy czym Weles zawsze jako drugi. Ostatnio zaś Andrzej Szyjewski w swej "Religii Słowian" przypomniał cały szereg mitów odnoszących się do powstania świata, a zapamiętanych w różnych zakątkach Słowiańszczyzny w postaci bajek i legend. Różne ich warianty ukazują współdziałanie boga nieba z istotą władającą siłami pierwotnego chaosu symbolizowanymi przez wszechogarniające odmęty wód. Pamiętamy przecież, że w wyobrażeniach słowiańskich kraina zaświatów znajdowała się właśnie poza wielką wodą. Tak więc ów współpracownik boga niebieskiego jest jednocześnie jego adwersarzem, a ich współpraca opiera się w zasadzie na ciągłym zawodnictwie, walce, gwarantującej wszechświatowi trwanie i rozwój. Adwersarza tego języki słowiańskie nazywają bies, czart albo właśnie veles.

Istota ta przyjmowała często postać olbrzymiego węża, Żmija, Smoka, a trzeba dodać, że szeroko rozpowszechnionym wśród różnych religii jest jednoczesne utożsamienie zwierząt pełzających i gadów z sferą podziemną. Weles więc panuje nad sferą chaosu, nieokiełznanych zwierzęcych instynktów tkwiących w człowieku, które przeciwstawia się Kosmosowi, czyli ładowi, będącemu sferą działania kultury ludzkiej. Pozwalając sobie tutaj na mały ekskurs w kierunku greckich paraleli dodajmy, że nawet tutaj nie obędziemy się bez skojarzeń z rogacizną. Na gruncie antycznym mamy przecież postać Minotaura, a więc pół-byka, umieszczonego w podziemnym labiryncie zbudowanym przez człowieka. Byk ten symbolizuje przecież naturalne popędy, dzikie instynkty, chaos, jakąś brutalną męską siłę erotyczną, naturę, zamkniętą w głębi ziemi, zepchniętą do podświadomości, uwięzioną przez siły kultury w konstrukcji labiryntu. Jest więc on siłą natury-chaosu opozycyjną wobec kultury. Pokazuje nam się więc dokładnie to samo, cośmy właśnie powiedzieli o Welesie. Nie jest to jednak dualizm zwalczających się przeciwieństw, bowiem dopiero współdziałanie obu czynników gwarantuje powstanie i cykliczne odradzanie się Świata. Mamy więc owych współsuwerenów.

Kiedy zaś imię Welesa zaczęło dla schrystianizowanych Słowian oznaczać diabła, to jego postać i funkcję - poza wspomnianym wyżej Błażejem/Własem - przejął także chrześcijański św. Mikołaj (opisanego wcześniej ofiarnego byka zwało się u wschodnich Słowian Mikolcem). Ten ostatni jest przecież znany jako dawca prezentów, czemu oddaje się podczas świąt zimowych, a te zdaniem Szyjewskiego poświecone były właśnie Welesowi, który wszakże odpowiedzialny jest m.in. za dostatek.

Złoto

Zwróćmy więc uwagę, że kolorem bogactwa jest złoty, a ten pojawia się wielokrotnie wokół Welesa - złoty jest przecież jego tron w Nawii, złoty jest posążek z Wolina ukryty przez wdowę, w groteskowy sposób złota jest też choroba, którą zsyła w razie złamania przysięgi której patronował. Dodajmy do tego jeszcze jedno - otóż znaleziony w Wolinie posążek konika wykonany jest z brązu, a drewniany posążek tego zwierzęcia znaleziony w Opolu przednie nogi owinięty miał złotą blaszką. Zwyczajowo oba te znaleziska łączy się z kultami solarnymi, bowiem woliński posążek pokryty jest motywem kółek oznaczających Słońce, a pod ową blaszką posążka opolskiego znajduje się wyryty znak ukośnego krzyża, będący także znakiem solarnym. Czy jednak na pewno? Może jednak kolor złoty nie zawsze odnosił się do Słońca? A co z faktem wykorzystania brązu do odlania jednego z naszych koników? Otóż brąz ma kolor, który nazwalibyśmy raczej złotym niż "brązowym", wiadomo zaś skądinąd, że właśnie ten stop miał imitować złoto, jak to prawdopodobnie było na uczcie wydanej przez Bolesława Chrobrego podczas zjazdu gnieźnieńskiego kiedy to goście przyjęci mieli być złotą zastawą. Obecnie archeologia, po serii znalezisk naczyń (misek, talerzy) uważa, że ta "złota" zastawa Chrobrego, była tak naprawdę wykonana właśnie z brązu. Z drugiej strony z oczywistych względów naczynia różnego rodzaju są w religiach powiązane ze sferą dostatku. Pokuśmy się o dalsze skojarzenia, bowiem pożywienie, które jest przecież centralną częścią uczty jest uczestniczeniem w dostatku, jego zaś symbolem jest kolor złoty i zastępczo brąz jako materiał, może więc nawet przyszły pierwszy król Polski decydując się na taki zabieg odwołał się do zakorzenionej pogańskiej symboliki przywołującej opiekę Welesa, a przynajmniej zwykłego życzenia pomyślności!?

Słowiański Atlas i trójdzielny Kosmos

Zwraca uwagę, że we wszystkich miejscach kultu Trzygłowa czy Welesa znajdowały się słupy albo też posągi w kształcie słupów, w dodatku w przypadku Szczecina zostało powiedziane wprost, że Trzygłów włada trzema królestwami. Mircea Eliade podaje wiele przykładów podobnego traktowania słupa jako tzw. axis mundu, czyli osi świata, a w przypadku jednego z nich kwituje: "Święty słup (...) >>trzyma<< ich świat i zapewnia im łączność z niebem. Mamy tu oto prototyp kosmologicznego obrazu, który stale spotykamy: kolumny świata dźwigające niebo i jednocześnie otwierające drogę ku bogom". Jednocześnie słup staje się centrum wspólnoty, "pępkiem świata", porządkującym czy wręcz stwarzającym Kosmos. Celtowie w czasach Aleksandra Wielkiego na pytanie czego się boją odpowiadali: "Niczego, tylko żeby niebo nie zawaliło nam się na głowy", a K. Modzelewski wykazał, że konstrukcja świata - wraz z niebem nad głową - gwarantowana była przez trwanie takiego słupa, jako podtrzymującej kolumny. Germańscy Sasi wojujący z Karolem Wielkim, według słów Rudolfa z Fuldy "czcili niczym bóstwo wielki pień drzewa wzniesiony wysoko, nazywając go w sowim ojczystym języku Irminsul, co w tłumaczeniu na łacinę oznacza, powszechną kolumnę, jak gdyby podtrzymująca wszystko". Możemy uzupełnić to o dane polskie, które zebrał A. Gieysztor: "Niebo (...) podparte jest słupem dotykającym Gwiazdy Polarnej, >>północkowej<<, jedynej nieruchomej >>dyszlowej<<, >>osiowej<<, podczas gdy kopuła niebieska obraca się (...) słup ten stoi w środku ziemi; w Serbii do niego przywiązany jest diabeł w postaci czarnego psa".

Ze wspomnianym na początku olbrzymem łączy zaś całą tą koncepcję fakt, iż na posagu ze Zbrucza, ukazującym słowiański model świata, dolna cześć (w której dopatrujemy się właśnie Welesa) przedstawia postać klęczącego olbrzyma podtrzymującego uniesionymi nad głowę rękami wyższe partie słupa. Nie można też pominąć tego, iż olbrzym ten (chciałoby się powiedzieć: "słowiański Atlas") posiada ni mniej ni więcej, tylko właśnie trzy głowy. Przypuszcza się zresztą, że w pierwotnym miejscu usadowienia posągu w sanktuarium na górze Bogit ta najniższa część całego słupa była ukryta, znajdowała się bowiem pod poziomem ziemi, co jest tylko kolejnym dowodem na chtoniczność trójgłowego boga. Poza tym wizerunek ten pozwala nam odpowiedzieć na pytanie jakoż to połączyć można podane wyżej pozornie odmienne rozumienie Trzygłowa jako wcielenie chronicznego Welesa z tym widzącym w nim personifikację a zatem i Pana trzech sfer kosmicznych? Otóż wydaje się to dość jasne, bowiem Trzygłów-Weles-Olbrzym podtrzymując cały Wszechświat staje się jego podstawą, szkieletem, osią, gwarantem, Panem. Przecież w Wolinie to właśnie słup - axis mundi - symbolizował tamtejszego Plutona-Welesa. Dlatego też miał rację A. Gieysztor, gdy pisał, iż Weles jest współsuwerenem Kosmosu.

Pamiętając o "cierpiętniczym", wskazującym na utratę znaczeniu słów zawierających trzon "tri", dodajmy, że Kowalik przywołuje V. N. Toporova, który wskazuje, że mitologiczni i bajkowi bohaterowie, często oznaczani są jako "Trzeci" nosząc imiona takie jak rosyjskie Ivan Tretej, Tret'jak, Tretij brat. Zazwyczaj są oni uśmiercani i to często m.in. przez rozczłonkowanie, rozdrobnienie czy skruszenie, która to czynność zwie się "trzeć, rozcierać"! Co więcej bardzo często bohaterowie ci umieszczani są w środowisku wodnym, studni lub jamie, a więc w żywiole chtonicznym, dodajmy inaczej niż Kowalik, że będącym własnością Welesa-Trzygłowa. Pokonują oni jednak śmierć, a domniemane indoeuropejskie trzony typu "ter-", "tr-" oznaczają "przezwyciężyć, pokonywać, osiągać, wybawić się". Wnioskuje się więc, że "kodowany za pomocą liczebnika >>trzy<< mityczny heros dzięki cyklicznemu procesowi narodzin, rozwoju i śmierci związany jest z wertykalną [pionową - I.D.G.] strukturą kosmosu umożliwiającą komunikację między jego trzema poziomami w cyklu rocznym", a więc raz ku dołowi w stan śmierci, raz ku górze w stan wzniosłego ożywienia.

Motyw kosmicznego podróżnika doskonale koresponduje z pokazanym wyżej, a obecnym w archaicznych obrzędach funeralnych toposem drzwi jako symbolu przejścia. Znane jest natomiast powiązanie wszelkich rytuałów przejścia - zmiany przynależności do grupy wiekowej, wcielenia do wspólnoty - z motywem rytualnego uśmiercania. Kolankiewicz tak to kwituje: "Rytuały separacji i ponownego włączenia do społeczności często - i najbardziej odpowiednio - wyrażają się w symbolice śmierci i ponownych narodzin". Szczególnie ciekawy kształt przybierało to w tajnych, często krwawych rytach inicjacji do zamkniętych grup militarnych, a które miały charakter chtoniczny, związane były z kolorem czarnym, często malowaniem twarzy, przywdziewaniem skór dzikich zwierząt, przez co adepci podkreślali swoje odejście od społeczeństwa, pozostawanie w pewien sposób martwym. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powiązanie aspektu militarnego z podróżą po kosmicznej osi w duł ku krainie zmarłych, w najpełniejszy sposób oddane było w symbolice wolińskiej, gdzie obiektem kultu była włócznia wbita w słup!!!

Kowalik utożsamia "potrójnego" herosa ze Swarożycem, a dopasowując go do głównych założeń swego całego wywodu o kosmologio dawnych Słowian - zbyt wielką chyba wagę przykładającego do dowodów astronomicznych - wysunął nawet takie argumenty, jak rzekome utożsamienie z nim Plutona przez cytowany przez nas fragment kroniki Thietmara (czego nie stwierdziliśmy). Za dowód zaś utożsamienia szczecińskiego Trzygłowa z bogiem gromowładnym ma służyć istniejący w tym mieście święty dąb (dęby zazwyczaj są siedzibami Gromodzierżców). Po pierwsze jednak, nie ma zgodności, czy świętym drzewem w Szczecinie był rzeczywiście dąb, a obecnie częściej wskazuje się na orzech. Do drugie zaś, jeśli nawet miałby to być dąb, to źródła w żaden sposób nie łączą go z Trzygłowem, wręcz przeciwnie, bowiem Herbord pisze, że pod drzewem biło "źródełko najprzyjemniejsze, które prosty lud, uważając za święte jako siedzibę jakiegoś ducha, w wielkiej chował czci". Tak więc wydaje się, że miejsce to poświęcone było innej istocie. Gdyby więc przyjąć taki wariant, to okazałoby się, że w Szczecinie czczeni byli obaj gieysztorowscy suwereni - Trzygłów i gromowładny Perun (tym razem w tej kolejności). Gdyby jednak upierać się, że drzewo było częścią kompleksu świątynnego Trzygłowa, to należałoby zwrócić uwagę na owo źródełko, a więc element wody - chtoniczny żywioł Welesa. Pamiętamy przecież, że Weles w postaci żmija pilnował wszelkich wód.

Kolejnym argumentem podniesionym przez autora "Kosmologii..." jest to, że w opisie bogactw zgromadzonych w szczecińskiej kącinie Trzygłowa zwracają uwagę rogi, bowiem faktycznie Herbord podaje: "...rogi też wielkie dzikich wołów, w złoto i drogie kamienie oprawione, do picia urządzone i rogi do grania...". Odnosi te rogi do św. Jerzego, chociaż dla nas są one aż nazbyt czytelnym symbolem rogatego Welesa - są zresztą oprawione w złoto (!). W żadnym więc razie nie da się obronić tezy, że szczeciński Trzygłów był wcieleniem Swarożyca czy też Gromowładnego.

Jest jeszcze jedna rzecz, która dotyczy koncepcji rozumienia trójdzielnego Kosmosu słowiańskiego, roli Welesa i utożsamienia z nim Triglava/Trzygłowa, a która do dziś zupełnie nie pojawia się i pozostaje poza zainteresowaniem badaczy religii Słowian. Otóż w wale Stargardu Wagryjskiego (dziś Oldenburg we Wschodnim Holsztynie), będącego stolicą Wagrów - a pamiętamy, że to właśnie o nich donosił Thietmar jako o czcicielach Plutona -znaleziono odlewane brązowe (!) ukucie pochewki noża, mające 11,5 cm długości, a pochodzące z około 1000 roku. Przedstawia ono oś (być może Oś Wszechświata) na którego jednym końcu widnieje postać w charakterystycznym dla wczesnego średniowiecza gieźle - rozszerzającej się ku dołowi w formie trapezu "koszuli" sięgającej do kolan - z rękoma podpartymi pod boki, co uważa się za postawę władczą, a co ma analogię chociażby w innej brązowej figurce z X-XI wieku znalezionej w Świeciu nad Odrą (Schwedt - Niemcy) mającej taki sam układ rąk i takie samo "odzienie".

Na przeciwległym końcu osi widać postać o założeniu trójdzielnym, bowiem są tutaj rozchylone na boki dwie główki zwierząt (koni?) a pośrodku nich trzecia głowa - ludzka. Na środku długości osi znajdują się łączące się z nią stopami dwie postaci ludzi, "odstające" po dwóch stronach osi. Jedna z tych postaci zdaje się męską, druga zaś żeńską. Pomiędzy ludźmi a postaciami umieszczonymi na obu końcach osi znajdują się czteronożne zwierzęta - konie lub jelenie. Jest to więc ewidentny model Kosmosu, będący idealnym odwzorowaniem idei zawartej na posągu ze Zbrucza. Postać na "górze" pozbawiona jest zupełnie - poza postawą - atrybutów, tak samo jak postać na jednej ze stron górnej części wyobrażenia zbruczańskiego, którą utożsamia się z Bogiem Słońca - Swarogiem. Przeciwległa postać to oczywiście Trzygłów - a jego dwie nieludzkie głowy pokazują jego zwierzęcy, naturalny charakter przynależny Welesowi.

Postaci ludzkie na środku to oczywiście ziemia, a zaznaczenie obu płci w tej samej ilości znów przywołuje skojarzenia z posągiem zbruczańskim, na którym środkowy poziom - także ukazujący świat ludzki - reprezentowany jest także przez równą liczbę postaci męskich i żeńskich (w tym wypadku po dwie każdej płci). Zwierzęta po obu stronach postaci ludzkich na starogardzkim okuciu to łącznicy pomiędzy nimi a oboma dziedzinami bogów - niebieską i podziemną. To chyba najbardziej czytelny z materialnych zapisów mitologicznej wiedzy Słowian, co więcej skonstruowany dokładnie tak samo, jak monument odnaleziony w Zbruczu. Aż dziw bierze, że do dzisiaj wspominał o tym przedmiocie chyba tylko niemiecki archeolog Ingo Gabriel, w Polsce zaś wydaje się to nie zauważane, a daje to przecież kapitalne uzupełnienie i potwierdzenie naszej wiedzy o religii naszych przodków.

Czarny koń

Bardzo ważnym dla zrozumienia charakteru Trzygłowa-Welesa jest fakt występowania konia (zwłaszcza zaś czarnej maści) w ramach jego kultu, wiąże się to bowiem z pradawną indoeuropejską formą ofiary z tego zwierzęcia, która funkcjonowała, jak pisze Leszek Słupecki i w tradycji wedyjskiej, i w Rzymie, i u wczesnośredniowiecznych Germanów - w tym Skandynawów - i na Rusi. Ciekawe, że w Rzymie podczas idów październikowych konia zbijano za pomocą włóczni, a jego krwią skrapiano wnętrze świątyni Marsa, w którym przechowywano włócznie poświęcone temu bogu wojny (pamiętajmy o włóczniach wróżebnych w Szczecinie i włóczni wolińskiej!). Do tego ostatniego celu natomiast używano krwi z tylnej części ciała końskiego - z ogona lub penisa. Końskie ciało bowiem dzielono - w Rzymie faktycznie, w Indiach symbolicznie jeszcze za życia zwierzęcia - na trzy części, tj. głowę, tułów i ogon (lub penis?), symbolizujące trzy strefy kosmiczne, gdzie część tylna stanowiła odpowiednik ziemi. Rzymianie zresztą rozpoczynając wojnę lub inną ważną sprawę publiczną czynili wróżby z udziałem konia, który koniecznie musiał być koniem bojowym, ciągnął rydwan z wojownikiem, by na końcu zginąć od ciosu włóczni.

Jednocześnie jednak koń ten miał głowę przybraną chlebami, a antyczni autorzy donieśli, że ofiara dokonywana na Polu Marsowym, mimo jej wybitnie militarnego charakteru na celu miała zapewnienie obfitości przyszłych plonów. Uznaje się więc, że w tym przypadku ważniejsze były te aspekty kultu Marsa, które wiążą go z pojęciem króla i płodności. Spostrzeżono także, że jesień i wiosna, kiedy to dokonuje się tych obrzędów są czasem inauguracji i zakończenia jednocześnie sezonu rolniczego i sezonu wojennego. Ofiara z konia miała więc wszędzie charakter ofiary królewskiej, która ma związać władzę króla z siłami płodności, dostatku i szczęścia, co miało mieć skutek w przełożeniu na dostatek całego kraju. Czyż więc wszystkich tych elementów nie znajdujemy w kulcie Trzygłowa i wizerunkach Welesa siedzącego przecież na tronie i będącego uosobieniem nieokiełznanej natury z jej płodnością. Przecież najważniejszą częścią ciała ofiarnego konia była część tylna, "dolna", a Weles, jako podstawa, zajmuje właśnie dolną część osi świata. Więcej - ofiara składana podczas słowiańskich ceremonii pogrzebowych - a więc w kompetencjach Welesa - zwała się trizna, czy tryzna, sugerowała więc ofiarę potrójną albo trzecią jej część - tylną (ogon? penis?). Aby oddać znacznie tej ofiary, aż ciśnie się, by podać przytoczony przez Kolankiewicza komentarz Konfucjusza, dotyczący pewnych form rytualnych: "Kto by tę ofiarę w pełni zrozumiał, ten mógłby rządzić światem, jak gdyby ów na jego dłoni się obracał".

Zmierzch Trzygłowa, czyli jak Szczecin nawracano

W tak ważnym z punktu widzenia wiedzy o Trzygłowie Szczecinie, poza kompleksem świątynnym i świętym drzewem, na środku placu znajdowało się jeszcze jakoweś podniesie, platforma, czy schody. Konstrukcja ta wzniesiona była wokół kolejnego słupa wbitego w ziemię, a przeznaczona była dla mówców podczas odbywanych tu wieców. Aby zabrać głos należało wziąć do ręki laskę - która stała oparta o słup - co dawało czasowo godność mówcy. Laska taka symbolizowała sam słup, oś świata, a przez to całą wspólnotę. Modzelewski podaje, że w średniowiecznej Polsce funkcjonowało pojęcie prawne "laski opolnej", co sugeruje, że materialny obiekt w postaci laski służył jako rekwizyt rytualny wykorzystywany przy zwoływaniu wieców opolnych. Dodajmy, że z Wolina znana jest mierząca około 1,2 metra laska, zwieńczona głową brodatego mężczyzny - co podkreśla dostojeństwo i kojarzy się z brodatymi maskami kultowymi - a podobne laski znane są też z terenów Rusi.

Innym jeszcze elementem wiążącym Szczecin z przedstawionymi motywami mitologicznymi jest motyw włóczni i to nie tylko tych służących jako przeszkody dla wróżebnego konia, ale obecne podczas wieców. Jak bowiem wiadomo, podczas takiego obradowania zebrani wolni mężczyźni - wojownicy wyrażali swoją aprobatę poprzez potrząsanie włócznią. Tak też było w czasie misji Ottona z Bambergu, kiedy to szczeciński wiec miał zdecydować o przyjęciu chrześcijaństwa, a jak pisze kronikarz "wszyscy zaś przybyli tam uzbrojeni we włócznie" a po słowach słowiańskiego żercy, nazywającego Ottona wrogiem tego ludu i jego bogów "podnoszą na wezwanie włócznie, które już drżą gotowe do rzutu". Kronikarz uznał, że była to gotowość do zadania śmierci misjonarzowi, jednak była - co znów zauważa autor "Europy barbarzyńskiej" - interpretacja spowodowana nieznajomością archaicznych zwyczajów. Gest szczecińskich wojowników oznaczał bowiem nie groźbę pod adresem chrześcijanina, ale aprobatę dla słów żercy.

Polski książę Bolesław Krzywousty wiele energii poświęcił na ponowne związanie Pomorza Zachodniego z Polską. W tym celu w 1119 roku wojska Bolesława przy pomocy floty duńskiej zdobyły portowe miasta Wolin i Uznam, zaś w 1120r., mimo bardzo zaciętych walk ulec musiał Szczecin. Pomorzanie w kilka lat później opowiadali, że w walkach tych zginęło 18 tys. wojów, a 8 tys. rodzin zostało przesiedlonych w głąb Polski i przymusowo osadzonych na granicznych posterunkach, gdzie bronić mieli państwa polskiego od obcych najazdów. Znajdując się w takiej sytuacji książę zachodniopomorski Warcisław I zobowiązał się do płacenia trybutu i zgodził na chrystianizację swojego kraju, jako elementy "traktatu pokojowego". Krzywousty więc rozpoczął poszukiwania odpowiedniego misjonarza. Warcisław sam był chrześcijaninem, podobnie zresztą jak część spośród jego drużynników, ci jednak pozostawali w ukryciu, a czasami nawet powracali do rodzimej wiary.

Po pierwszych nieudanych próbach, w 1124r. misji podjął się biskup bamberski Otton. Z honorami przyjęty na granicy Pomorza przez Warcisława, ze świtą stanął wreszcie w Szczecinie. Tutaj jednak okazało się, że to starszyzna szczecińska, a nie książę jest władna układać się w imieniu miasta. Początkowo więc odmówiła ona Ottonowi zezwolenia na głoszenie nowej religii, oznajmiając, iż nie porzucą szczecinianie ojczystych praw, że zadowala ich rodzima religia oraz, że potępiają oni chrześcijaństwo, bowiem "wśród chrześcijan są złodzieje, rozbójnicy, obcinają im nogi, pozbawiają oczu, wszelkiego też rodzaju zbrodnią i karą kala się chrześcijanin przeciw chrześcijaninowi", "niech pozostaje od nas z dala taka religia". Gdy zawisła nad Szczecinem groźba ponownego konfliktu z księciem polskim, postanowiono - w zamian za zmniejszenie danin wobec Polski - zezwolić Ottonowi na przekonywanie ludu.

Możnowładcy bowiem byli raczej indyferentni religijnie, a ludność poddańcza przyjmowała nową religię jeśli taka była wola i rozkaz ich panów, jak np. wraz z możnym szczecińskim Domasławem ochrzczonych zostało 500 osób jego czeladzi, czy klienteli. Stosowną uchwałę co do przyjęcia nowej wiary miał jednak podjąć wiec. Szczecinianie więc, zadowoleni z politycznych efektów przyjęcia chrześcijaństwa, wysłuchali Ottona i zezwolili na zburzenie świątyń, a ten, jak pisze Herbord: "kadłub posągu Trzygłowa sam rozbił, ale trzy posrebrzane jego głowy (...) papieżowi Kalikstowi, jako świadectwo swojej pracy oraz nawrócenia i wiary owych plemion (...) przekazał". W miejscu świątyni wniesiono kościół patronującego Polsce św. Wojciecha, co było kolejnym zabiegiem politycznym. Świętego konia natomiast, kazał biskup sprzedać obcemu ludowi, by tam służył do pracy, a nie do wróżb.

Owoce tej misji nie były zresztą zbyt obfite, bowiem oblicza się, że na ogólną przypuszczalną liczbę mieszkańców Pomorza wynoszącą 112 tys. ludzi, według źródeł ochrzczono zaledwie 22.165 osób, czyli około 1/5 całej ludności. Nawet zaś w bezpośrednim sąsiedztwie ochrzczonych ośrodków pozostały pogańskie świątyni, tak jak jedna znajdująca się pod samym Szczecinem. Dla świeżo nawróconych zresztą chrześcijański bóg dołączył tylko do grona rodzimych, nieznany i niezrozumiany był dla nich bowiem ekskluzywizm właściwy chrześcijaństwu. Zresztą zetknięcie się z całym zastępem świętych tylko wzmacniało takie synkretyczne pojmowanie religii, a dla szczecinian szczególnie znajomo musiał brzmieć dogmat o Trójcy Świętej. Jednak dla utrzymania nowych kościołów wyposażono je w majątek zniszczonych kącin, co musiało tylko dodatkowo rozsierdzać zwolenników dawnych kultów i ich kapłanów. Same nowopowstałe kościoły były zresztą bardzo skromne, być może wzniesionej nawet w konstrukcji plecionkowej, co po zestawieniu ze znanymi z opisów pięknie rzeźbionymi i malowanymi kącinami nie mogło przysparzać chrześcijaństwu splendoru.

Po odejściu misjonarzy, gdy w 1126 roku Szczecin nawiedziła wielka śmiertelność, kapłani dawnych kultów oznajmili, iż jest to kara bogów za porzucenie ich i zniewagę. Lud postanowił więc porzucić nową wiarę i obok kościołów wznieść ołtarze pogańskie. Gdy Otto zawitał ponownie do Szczecina w 1127, lub 1128 roku, przemawiał na wiecu, by nakłonić lud do ponownego wyrzeknięcia się pogaństwa. Tutaj agitatorem był wielmoża Wyszak - właściwie Wirszka - kupiec i korsarz szczeciński, który sam był ochrzczony (trudno oprzeć się wrażeniu, że szczególnie w przypadku tej postaci za chrztem przemawiały względy pozareligijne). Jednak to starszyzna w dwa tygodnie później miała zdecydować ostatecznie. Nastroje w mieście były bardzo burzliwe, a Wyszak radził nawet Ottonowi wyjechać z miasta, gdyż jego życie mogło być w niebezpieczeństwie (nie wiadomo jednak, czy Wyszak nie miał innych, prywatnych powodów dla udzielania takiej rady - może chciał rozegrać sprawy na swoją korzyść?). Otto nie opuścił grodu i zjednywał sobie zwolenników za pomocą hojnych podarunków i wykupywania dłużników - współcześnie powiedzielibyśmy, że prowadził niedozwolony lobbing - zagroził też klątwą i nadciągającymi wojskami Krzywoustego.

Zebrała się więc rada starszych przy udziale żerców, ale gdy ci demonstracyjnie opuścili obrady, dyskusja zeszła na tory polityki bieżącej. Po naradach od rana do północy rada uchwaliła "ponownie uwierzyć w Chrystusa" i zarekomendowała wiecowi przyjęcie ostatecznie nowej religii. Chciał też Otto ściąć święte drzewo, ale wartownik go pilnujący rzucił się nań z siekierą (niektórzy twierdzą, że był to orzech, m.in. dlatego, że żywociarz pisze, iż ów strażnik żywił się "owocami" świętego drzewa). Dopiero po tym incydencie wysłuchał Otto nalegań wzburzonego tłumu mieszkańców, by pozostawił owo drzewo dla jego cienia, gdy ci przyrzekli nie otaczać go więcej kultem. Zresztą nawet po oficjalnym akcie chrztu pozostało w Szczecinie wielu, którzy otwarcie przyznawali się do wierności starym bogom. W mieście pozostali też żercy, który mogli nadal agitować na korzyść pogaństwa, zorganizowali ponoć nawet grupę liczącą 84 mężów, mającą przygotować zamach na Ottona, podczas gdy ten opuszczałby gród. Niebawem jednak niektórzy żercy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, a jednego z nich skrycie powieszono w lesie. Tak jak to ujął Władysław Dziewulski "pogaństwo pomorskie uzyskało swoich męczenników". Nawet długo później duchowni chrześcijańscy zwracali uwagę na potrzebę prowadzenia akcji krzewienia swej wiary. W niektórych zaś miejscach, jak chociażby lesiste okolice Szczecinka i Białogardu rodzima wiara utrzymała się aż do przybycia na te ziemie osadników niemieckich w XIII wieku, a przez co pogaństwo zostało na trwałe związane ze słowiańskością tych ziem. Na całym jednak Pomorzu chrześcijaństwo przyjęło kształt synkretyzmu, czyli tzw. "dwójwiary", zbliżając się do nauki Kościoła dopiero w wiekach XIII i XIV.

Chociaż od tych wydarzeń minęło wiele już lat, Słowianie, którzy powrócili do nadbałtyckich dziedzin nie zapomnieli o swym dawnym patronie i często Trzygłów znów przybiera rolę symbolu Słowiańskiego Pomorza Zachodniego, stanowiąc w nowoczesnym świecie znakomity symbol regionalny, kulturowy, a nawet marketingowy. W Wolinie do dziś stoi wielki pomnik "Trygława" postawiony w 1967 roku przez Wolinian, jak głosi podpis dla upamiętnienie 1000-lecia powstania Państwa Polskiego. Być może też w dziupli któregoś, z wolińskich dębów spoczywa złoty posążek Trzygłowa ukryty tam setki lat temu przez pewną wdowę. Czeka by zostać odnalezionym i odkrytym dla żyjących dziś Słowian Bałtyckich.

Igor D. Górewicz

Wybrana literatura:

Brückner A., Mitologia słowiańska i polska, Warszawa 1980.
Brückner A., Dzieje kultury polskiej, Warszawa 1957, T. I.
Cehak-Hołubiczowa H., Drewniane maski z grodu-miasta na Ostrówku w Opolu, w: "Archeologia Polski", T. X. [1965], z. 1., ss. 305-317.
Dziewulski W., Likwidacja pogaństwa na Pomorzu Zachodnim, w: "Zapiski Historyczne", T. XXV [1960], z. 1., ss. 7-31.
Eliade M., Sacrum i profanum, Warszaw 1999.
Gierlach B., Sanktuaria słowiańskie, Warszawa 1980.
Gieysztor A., Mitologia Słowian, Warszawa 1982.
Kolankiewicz L., Dziady, Gdańsk 1999.
Kowalczyk M., Wierzenia pogańskie za pierwszych Piastów, Łódź 1968.
Kowalik A., Kosmologia dawnych Słowian. Prolegomena do teorii politycznej dawnych Słowian, Kraków 2004.
Thietmar, Kronika Thietmara, Kraków 2002.
Labuda G., Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna. Antologia tekstów źródłowych, Poznań 1999.
Łowmiański H., Religia Słowian i jej upadek <ww. VI - XII>, Warszawa 1979.
Modzelewski K., Europa barbarzyńska, Warszawa 2004.
Pełka L. Polska demonologia ludowa, Warszawa 1987.
Pełka L. U stóp słowiańskiego Parnasu, Warszawa 1960.
Prokopiuk J., Magiczna konstrukcja relacji o tychowskim Trygławie, w: "Życie dawnych Pomorzan", T. II, W. Łysiak (red.), Bytów 2002, ss. 135-141.
Rosik S., Policefalizm słowiańskich idoli - rzecz i idea, ale czy ich wędrówka? W kręgu rozważań nad kultem Trzygłowa, w: "Wędrówka rzeczy i idei w średniowieczu", S. Moździoch (red.), Wrocław 2004, ss. 85-92.
Rybakow B. Jazycziestwo driewniej Rusi, Moskwa 2001.
Rybakow B. Jazycziestwo driewnich Slawjan, Moskwa 2002.
Słownik Starożytności Słowiańskich, t. I - VII, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź, 1961-1984.
Słupecki L.P., Czy volsi zawędrował na Ruś? Strzelczyń szczególnej formie indoeuropejskiej ofiary Strzelczyń konia u Skandynawów Strzelczyń na Rusi, w: "Wędrówka rzeczy i idei w średniowieczu", S. Moździoch (red.), Wrocław 2004, ss. 95-113.
Strzelczyk J., Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Poznań 1998.
Szafrański W., Ślady kultu bożka Welesa u plemion polskich, w: "Archeologia Polski" T. III [1959], z. 1., ss. 159-164.
Szyjewski A., Religia Słowian, Kraków 2003.
Szyjewski A., Szamanizm, Kraków 2005.

Logowanie

Najbliższe święto

Szczodre Gody 21.12.2018 20:00 11 Dni Szczodre Gody

Ostatnio na forum

  • Brak postów do publikacji.
1996-2018 Rodzima Wiara
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος